« Strona Główna - Dywany

Viva Venezuela!

Źródło: http://www.nowyczas.co.uk/2008/09/viva-venezuela/

Kierowca taksowki, ktory wiozl nas z lotniska w Caracas na dworzec autobusowy nie mial8230. reki, ale za to mial papiery na woz, a w przewodniku napisali, ze to jest najwazniejsze. Mimo ewidentnych ograniczen, taksowkarz prowadzil jak bohater filmu „Taxi8221. Liczyl sie czas - kraj trzy razy wiekszy od Polski chcielismy przeciez objechać w dwa tygodnie.

W samolocie poznalismy sympatycznych rodakow i postanowilismy podrozować razem. Sylwia i Marek zarezerwowali lot awionetka z Caracas prosto do polozonej w Andach Meridy. Bez wczesniejszej rezerwacji nie moglismy polecieć. Umowilismy sie w Meridzie nastepnego dnia o 9 rano. Za 35 tys. bolivarow (ok. 12 dolarow) kupilismy bilety na nocny autobus z klimatyzacja. Dobrze, ze wzielismy spiwory.

Merida to miejscowosć polozona w samym sercu wenezuelskich Andow, wsrod niebosieznych szczytow, z ktorych najwyzsze maja prawie 5 tys. metrow n.p.m. Na jeden z nich - Pico Bolivar mozna wjechać najdluzsza kolejka swiata. Z nazwiskiem Simona Bolivara - wyzwoliciela Wenezueli - mielismy sie jeszcze spotykać wielokrotnie. Nawet pieniadze nazywaja sie tak jak on, nie mowiac o lotniskach, placach, domach, ulicach, skwerach. Merida zachwycila nas architektura z lat 30. i barwnym tlumem na ulicach. Ludzie w tym kraju sa naprawde cudni - sniadzi, czarnowlosi, smukli - nic dziwnego, ze Wenezuelki zwyciezaja w swiatowych rankingach urody.

W Meridzie po raz pierwszy sprobowalismy miejscowych specjalow: serow (podobnych troche do naszego polskiego bialego), juki (smakuje jak lykowate ziemniaki) i oczywiscie tego, co jest produktem narodowym Wenezueli - wolowiny. Specjalnoscia wenezuelska sa tez kukurydziane placki arepas. Niewielkich rozmiarow kukurydziane podplomyki przekraja sie i w srodek wklada pieczona fasole, jajka, ziemniaki, salatki, salse, guacamole. Ja jednak ostrzylam sobie zeby na cos innego. W calej Wenezueli bardzo popularne sa hamaki. Ustrzelilam dwie piekne sztuki, dzieki czemu mielismy wkrotce odkryć, ze istotnie, najwiecej smaku ma spanie w hamaku.

Na wyprawe po wielkich rowninach Los Llanos wyruszylismy w piecioosobowym skladzie. Tuz przed wyjazdem dolaczyla Chilijka Paola, ktora realizujac podroz swojego zycia przejechala stopem cala Patagonie i dotarla na miejsce naszego spotkania o poranku. Przewodnikiem i kierowca zostal Edgar - postawny Wenezuelczyk.

Rozpoczelismy jazde przez gory, co kilka kilometrow robiac przerwy na szukanie8230 lodu. Byl niezbedny, zeby zapasy miesa, w ktore Edgar zaopatrzyl nasza wyprawe, przetrwaly w czterdziestostopniowym upale. Szukalismy lodu w wielkich chlodniach, ktore jednoczesnie sa czesto sklepami z zimnymi napojami. Trudno jednak bylo namowić jedna z takich wielkich hurtowni na sprzedaz zaledwie 20 kilogramow cennego puchu, ale w koncu sie udalo i moglismy skoncentrować sie na kontemplowaniu krajobrazow.

Mielismy do przejechania okolo 300 km. Mijalismy typowe gorskie wioski i miasteczka - senne i ciche, z obowiazkowym pomnikiem Bolivara posrodku glownego placu. Zardzewiale amerykanskie samochody czasem „braly8221 naszego jeepa na zakretach. Zatrzymalismy sie na chwile nad jeziorem polozonym na wysokosci 3600 m.n.p.m. w parku narodowym Sierra Nevada. Tutaj czerwona andyjska ziemia porosnieta jest karlowatymi krzewami i trawa. Przejechawszy przez Andy, wyjechalismy wreszcie na rowniny.

Plaskie jak stol terytorium Los Llanos ciagnie sie od Andow az po dorzecze Amazonki, przez cala srodkowa Wenezuele. Mieszkaja tutaj Llaneros - pasterze krow. Wiekszosć farm to prawdziwe giganty, maja nawet po 60-100 tysiecy hektarow. Mozna jechać przez rownine pol dnia i nie spotkać zadnego domostwa. Prowadzace do nich piaszczyste drogi buduje sie na lekkich wzniesieniach. Pozostaloscia po budowach sa ciagnace sie po obu stronach drogi plytkie, pelne kajmanow bajora.

Kajmanowa aleja dojechalismy do wyjatkowo malej i ubogiej farmy, ktorej wlascicielka ma tylko 60 snieznobialych krow. I choć wystarczyloby sprzedać tylko jedna z nich, zeby kupić agregat pradotworczy albo satelitarna komorke, wlascicielka za nic w swiecie tego nie zrobi. Bo krowy dla Llaneros to dobro najwyzsze.

Zamieszkalismy w okraglej chacie, oswietlonej puszka ropy. Wiekszym problemem mial sie jednak okazać brak pompy. Gospodarze dzielili ja z kilkoma innymi „najblizszymi8221 sasiadami. O cieplym prysznicu musielismy zapomnieć, w ciagu upalnego dnia woda w zbiorniku nagrzewala sie przynajmniej na tyle, ze mozna bylo umyć nogi nie szczekajac zebami. Pierwszego dnia na Los Llanos obudzil nas dzwonek komorki. Smiesznie musielismy wygladać - prawdziwe mieszczuchy lapiace sie za kieszenie w srodku pustkowia. Minela dobra chwila, zanim zorientowalismy sie, ze to glos ptaka. Tak zaczyna sie dzien na Los Llanos. Ogluszajacy dxwiek cykad trwal przez cala noc, a o swicie niepostrzezenie przeszedl w symfonie ptasich treli. W pobliskiej kepie drzew halasowaly wyjce i papugi, w blotnistych kaluzach taplaly sie zolwie blotne, a w oddali przemykaly kapibary.

Po poludniu wdrapalismy sie na dach jeepa i pojechalismy hen, na rowniny. Stada flamingow, ibisow i czapli w rozmaitych odcieniach, od jasnego rozu do intensywnej purpury, tworzyly krajobrazy jak z obrazu pointylisty. Na brzegu bajorek wylegiwaly sie ogromne kajmany, a my bezpieczni na dachu samochodu zagladali... Czytaj dalej »

Oceń wpis: